piątek, 24 lutego 2017

Kropka, przecinek, nawias - Barcelona!

Wrzuciłem wczoraj na facebooka zdjęcie z Parku Horta w Barcelonie (klik). Miejsce jest niesamowite i mega klimatyczne. Fajnie jest na chwilę zgubić się w prawdziwym labiryncie i pobawić się w znajdowanie wyjścia z gąszczu wysokich krzewów. Ale dziś nie o tym! :)

Tuż koło tego parku znajdziemy inne, bardzo ciekawe miejsce - Visual Poem - stworzone w 1984 roku przez Joana Brossa. W trawie, porozrzucane są kamienne znaki interpunkcyjne. Mają one być wizualnym poematem, symbolem ewolucji życia od początku do jego schyłku. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdziemy kilkunastometrową literę A, a trochę dalej kolejną, ale zniekształconą i połamaną.

Bez względu na to, czy lubimy taką metafizyczną symbolikę i czy chcemy rozważać znaczenie każdego ze znaków z osobna, miejsce robi naprawdę magiczne wrażenie i sprawia, że chcemy się tu na chwilę zatrzymać.

I to własnie jest dla mnie kwintesencja Barcelony. Magia. Nie potrafię do końca określić, czy fascynuje mnie hiszpański klimat, czy ludzie, czy to, że jest ciepło, słonecznie i w centrum miasta możemy odpocząć przy szerokiej plaży, a na każdym rogu napić się pysznej zimnej Sangrii. Na pewno natomiast, po kilku dniach spędzonych w tym mieście, ciągle wracam tam myślami i spaceruję turystyczną La Ramblą i uliczkami dzielnicy gotyckiej. Zdecydowanie jest to jedno z moich ulubionych miejsc, w których miałem szczęście spędzić czas i już zastanawiam się, kiedy uda mi się znów wybrać do Barcelony chociaż na kilka chwil.






piątek, 17 lutego 2017

Śladami Lary Croft - Angkor - pradawna stolica imperium Khmerów

Jedno z bardziej niesamowitych miejsc w jakich miałem szczęście być. Angkor w Kambodży.
Pamiętacie, jak kiedyś pisałem w poście o Taj Mahal (LINK), że moje pierwsze podróżnicze marzenia brały się z kartek z kalendarza? To własnie kolejne z nich, które udało mi się spełnić.

Kilka kilometrów od miasta Siem Reap, na ponad 100 hektarach powierzchni, znajduje się wspaniały kompleks świątyń - Angkor.

To tu działy się decydujące sceny z Tomb Raider I, to tu Lara Croft walczyła ze złoczyńcami w obronie ludzkości i pokoju na świecie. :)

Ale Angkor, to zdecydowanie więcej niż tylko tło jednego z filmów akcji. Jest to niesamowite, magiczne wręcz miejsce. Mimo tłumów turystów nadal można się tu zgubić, poczuć całkowity spokój i zostać sam na sam ze swoimi myślami - godzinami krążąc między ścianami, zawalonymi stropami i wspinając się po murach i uchylając głowę przed ogromnymi konarami drzew. Gdzieniegdzie można spotkać biegające małpy, w innych miejscach stada kolorowych motyli. Równie często trzeba uważać na wielkie, zwisające z gałęzi pająki, których pajęczyny kleją się do ciała tak, że nie sposób je odczepić. Z każdym krokiem odkryć można nowe miejsce, żadna świątynia nie jest podobna do widzianych poprzednio. No i zmiany pogody. W ciągu kilkunastu minut, słoneczny, ciepły dzień, zmienia się w wiadra wody lejące z nieba, tylko po to by w kontakcie z nagrzaną ziemią urządzić naturalną saunę parową, mocno utrudniającą spacery na następne kilkadziesiąt minut. Mimo, że spędziliśmy tam prawie 3 dni i zrobiłem dobrze ponad 700 zdjęć, mógłbym tam spędzić jeszcze dużo więcej czasu. Życie płynie inaczej, za każdym zakrętem czeka coś nowego i nie sposób jest przerwać tę przygodę.

Niesamowite jest to, że budowle w Angkorze mają ponad kilkaset lat, niektóre nawet tysiąc, a nadal przytłaczają nas swoim majestatycznym wyglądem, nawet tam, gdzie część z ich ścian się rozsypała. Ciekawe jest też, że przez kilkaset lat kompleks był właściwie zapomniany, całkowicie zarośnięty dżunglą, niewidoczny dla nikogo. Dopiero pod koniec XIX wieku został odkryty na nowo przez jednego z francuskich podróżników, badających Kambodżę.
Całe szczęście, że tam był, bo Angkor zdecydowanie nie powinien być ukryty. Jest jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. A na pewno jednym z najwspanialszych dzieł człowieka.














sobota, 4 lutego 2017

a gdyby tak rzucić wszystko i...

...wyjechać na Kanary?

Tak zrobili gospodarze katamarana, którym udaliśmy się pewnego październikowego dnia na wyspę Lobos. Dwóch Niemców, którzy mieli dość zimna i życia w niemieckim ordnungu. Kupili łódź, i całe dnie spędzają teraz na rejsach z turystami. Ich twarze są spalone słońcem, włosy prawie białe, a z ich ust nie schodzi uśmiech. Widać, że czują się dobrze, swobodnie i są szczęśliwi.

a w Krakowie dziś?

Szaro, mokro, zimno, smog. Zatęskniłem za latem. Pora więc dokończyć kanaryjski cykl i choć na chwilę i wrócić na Lobos.

Lobos jest malutką wyspą, dobrze widoczną z północno-wschodniego wybrzeża Fuertaventury. Zazwyczaj nie jest liczona jako osobna wyspa archipelagu kanaryjskiego, szczególnie ze względu na swoją wielkość, oraz bliskość Fuerty. Dodatkowo, właściwie nie jest zamieszkana (poza jedną rodziną prowadzącą tam knajpę dla turystów), ale jest niezwykle piękna i zdecydowanie warto spędzić tu chociaż kilka godzin.

Żeby dotrzeć na Lobos, najlepiej pójść do portu w Corralejo i załapać się na jedną z płynących tu łodzi. Można albo po prostu przypłynąć i zostać na wyspie, albo skorzystać z bardziej zorganizowanej wycieczki z jedzeniem, plażowaniem i skokami z żaglówki do niesamowicie lazurowej, głębokiej na kilkanaście metrów wody.

Jakkolwiek tu dotrzecie, oprócz obowiązkowego plażowania warto ruszyć się na spacer. Dla bardziej aktywnych i nieobawiających się upału, jest do zrobienia trekking na szczyt jednego z wulkanów, z którego rozpościera się genialny widok na samą Lobos, ale też na pobliskie Lanzarote i Fuertaventurę. Jeśli nie jesteśmy przygotowani na aż, taką przygodę, to wystarczy odejść jakieś 20 minut od przystani, żeby doświadczyć uroczych zatoczek, pięknej niebiesko-zielonej wody i niesamowitych, kamiennych ścieżek, wijących się przez całą wyspę.
Aha, uwaga na przypływ, który ma tendencje do odcinania drogi powrotnej! :)